Zimne ognie u Arnolfa albo pochwała warsztatu

| 18 Gru 2018  20:27 | Brak komentarzy

fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska/Teatr Powszechny w Łodzi

Najlepszym sprawdzianem jakości pracy teatru są spektakle, które oglądane po latach od premiery nie tracą świeżości. Nie wychodzą z nich szwy, koło zamachowe akcji działa bez zgrzytów, a kontakt z widownią rodzi się od pierwszej chwili. Taka właśnie jest „Szkoła żon” Moliera w inscenizacji Janusza Wiśniewskiego na malej scenie Teatru Powszechnego w Łodzi. Premiera spektaklu odbyła się cztery lata temu.

Teatrzyk Janusza Wiśniewskiego wygląda znajomo. Jednak na małej scenie łódzkiego Teatru Powszechnego zamiast jego ulubionego pudełka budy jarmarcznej mamy do czynienia z estradą otoczoną z trzech stron rzędami krzeseł na widowni – od frontu kilka długich rzędów, po bokach po trzy krótkie zestawy krzeseł.


Horyzont tworzy ciemna zastawka zwieńczona lampkami z jednym pośrodku wejściem-wyjściem i dwoma drewnianymi szafami z podciętymi po boku nogami. Aktorzy wchodzić będą także po bokach szaf, a wychodzić (niektórzy) nawet przez szafę, a także drzwiami do foyer. Estradę okalają u dołu lampki, to wyraźna pozostałość po budzie jarmarcznej. Na scenie stół z sutą zastawą, przygotowany do biesiadowania.

Przygasa światło i na dobry początek spektakl rozpoczynają jarmarczne efekty. Po kolei zapalają się ukryte na stole zimne ognie – błyskają gwiazdeczki-łątki, zaraz gasną z cichym sykiem, czuć lekki diabelski swąd. Pokaz mija szybko i zza środkowych drzwi wychylają się dwie siostrzyczki w kornetach przypominające makijażem kościotrupy albo diablice w przebraniu. Obiegają przestrzeń, myszkują, lustrują teren zastawionej już pułapki. Zaraz obywać się tu będzie polowanie na żonę, na posag, na ofiary grasującej śmierci.

Oglądałem ten spektakl cztery lata (z górą) po premierze. Powinien się trochę „rozeschnąć”, a tymczasem wygląda krzepko, a nawet sprawia wrażenie skutecznie podtrzymywanej świeżości. Teatr Powszechny trzyma to cacko Wiśniewskiego w swoim repertuarze i potrafi go oferować publiczności. Byłem na spektaklu przedpołudniowym, adresowanym do młodzieży szkolnej – rozpoczynał się o godzinie 11.00 Do teatru nadciągnęły klasy pod kierunkiem nauczycieli. Kierownik widowni płynnie rozsadził ich na sali.

Ileż to się w ostatnich latach nasłuchałem legend o cierpieniach młodych i starych, wojskowych i rolników, związkowców i młodzieżowców, milicjantów i oficjantów ciągniętych za włosy do teatrów w ramach rozmaitych akcji prowadzonych w latach PRL-u. Na szczęście nie wszyscy ulegli temu czarnemu PR-owi i potrafią (przynajmniej w łódzkim Teatrze Powszechnym) korzystać z narzędzi przyciągania publiczności do teatru.

Oprócz tzw. publiczności zorganizowanej było na widowni kilkanaścioro „dobrowolnych” dorosłych. Nie pogryźli się. Tego samego dnia aktorów czekał jeszcze jeden spektakl „Szkoły żon” – dla seniorów. Aktorzy grali (mówię o przedpołudniówce, ale jestem pewien, że i wieczorem było podobnie), nie szczędząc sił, dokładnie trzymając się partytury, ze starannością, jaka zawsze przystoi teatrowi, a w spektaklach Wiśniewskiego jest niezbędnym warunkiem powodzenia. Miałem wrażenie jakbym uczestniczył w premierze.

Tomasz Miłkowski

SZKOŁA ŻON Moliera, reżyseria, opracowanie tekstu, scenografia, kostiumy Janusz Wiśniewski, muzyka Jerzy Satanowski, choreografia Emil Orzechowski, charakteryzacja Dorota Sobak, Teatr Powszechny w Lodzi, spektakl w dniu 11 grudnia 2018.

Facebooktwittermail

Komentarze

Pozostaw komentarz: