Ten uparciuch Kirczuk

| 25 Wrz 2017  08:48 | Brak komentarzy

fot. Andriej Moskwin

Niejeden na jego miejscu dawno by zrezygnował. Walka nie tylko o zachowanie, pielęgnację, ale i rozkwit języka białoruskiego wydaje się przegrana.

Już wiele lat temu UNESCO zaliczyło białoruski do języków ginących. Wedle statystyk procent ludności Białorusi na co dzień posługującej się językiem białoruskim nie przekracza 4 procent. Wprawdzie ponad 20 procent mawia po białorusku w domu, ale w życiu publicznym należy do rzadkości.


Większość dziel literackich, prawie wszystkie książki naukowe, gazety ukazuje się po rosyjsku. Jedynym językiem stosowanym w szkolnictwie wyższym również jest rosyjski. Wprawdzie białoruski na równi z rosyjskim jest oficjalnym językiem państwowym, a wraz z uzyskaniem przez Białoruś odrębności państwowej stosunek władz do rdzennego języka uległ poprawie, ale trudno mówić o wielkich na tym polu sukcesach. Pozycja języka białoruskiego przypomina znaczenie języka iryjskiego w Irlandii czy gaelickiego w Szkocji. Otoczone są szacunkiem, ale uważane jednak za składnik miejscowego skansenu.

A jednak nie brakuje Białorusinów dążących od odrodzenia języka ojczystego i przywrócenia do obiegu rodzimego folkloru. Należy do nich Iwan Kirczuk (ur. 1958 w Lidzie), czołowa postać białoruskiej etno-kultury. To człowiek wielu talentów. Ukończył szkołę muzyczną ze specjalnością dyrygenta chóru akademickiego, a potem uniwersytet muzyczny jako dyrygent chóru ludowego. Związany był z instytutami naukowymi zajmującymi się etnologią i folklorem – sam stawał na czele etnograficznych wypraw, których plonem stała się kolekcja pieśni ludowych, unikatowych instrumentów i rejestracja zapomnianych zwyczajów.

Nie poprzestał jednak na dokumentacji, ale tworzył zespoły ethno, kultywujące muzykę ludową. Najsłynniejszym z nich był TROITSA, powstały w 1996 roku, którego nazwa nawiązywała do Trójcy Świętej. Z tym zespołem objechał Kirczuk pół Europy, nagrał kilka płyt. Zdobył wielką popularność w Rosji i w zachodniej Europie, w roku 1998 odbył dużą trasę koncertową w Holandii, Słowenii, Chorwacji, Niemczech i Portugalii. Pojawiał się także kilka razy z sukcesem w Polsce (m.in. w roku 2008 był koncertował w Warszawie). Częściej można go było spotkać na trasie, gdzieś na świecie niż na Białorusi. Przeciwnicy i szydercy, których nigdy nie brakuje, zarzucali mu, że korzysta z koniunktury, że robi karierę, a dla popularyzacji folkloru w samej Białorusi tak naprawdę robi nie wiele. A jednak to właśnie te zagraniczne sukcesy ożywiły zainteresowanie miejscowym rytuałem i folklorem, to dzięki niemu coraz częściej artyści zwracali się w stronę rodzimej tradycji.

Kirczuk nie tylko koncertował, ale i równie wytrwale wydawał książki. Oczywiście po białorusku. To były opisy zwyczajów, kolekcje pieśni, swoiste reportaże etnologiczne. Stanowią trudną do przecenienia bibliotekę kultury etnicznej. Robi to zresztą nadal, mimo że jego zespół badaczy etnograficznych już nie istnieje, a Troitsa zawiesiła działalność (choć ostatnio mówi się o wznowieniu jej pracy).

Tymczasem niezmordowany Kirczuk, wspierany doświadczeniem brzeskiego Akademickiego Teatru Dramatycznego przygotował monodram „Moja droga”. Już wcześniej występował z indywidualnymi programami, które jednak bardziej przypominały koncerty albo gawędy z pieśniami niż spektakle. Tym razem jednak mamy do czynienia z monodramem w pełnym tego słowa znaczenia, przemyślanym dramaturgicznie, pełnym, teatralnych skrótów i znaków, którego oczywistą ozdobą jest unikatowe instrumentarium – Iwan Kirczuk bowiem prezentuje podczas spektaklu dziesiątki instrumentów ludowych (samych okaryn ponad dwadzieścia). Nie jest to martwa, muzealna prezentacja, ale pokaz w działaniu, wszystkie te instrumenty widz nie tylko widzi ale i słyszy, dostrzega ich wyjątkowość muzyczną i niezwykłą plastykę, a Kirczuk potrafi zrobić dobry użytek ze swojego multiinstrumentalnego gospodarstwa. Tak jak i z bogactwa strojów, masek, ozdób, kukieł, których używa podczas spektaklu, odtwarzają rozmaite sceny rytualne.

Spoiwem całości jest postać pieśniarza-gawędziarza, a dramaturgicznym – rytm koła natury, następstwo pór roku, kalendarz rolniczy wpisany w spektakl za pośrednictwem przywoływanych opowieści, snutych za młodych lat opowiadacza przez babuleńkę i dziadula. Sam Kirczuk jako opowiadacz robi wrażenie przybysza z przeszłości, kogoś głęboko zanurzonego w dawnych słojach kultury. Odziany biała długą szatę, ze skórzanymi naszywkami, w ozdobną skórzaną czapkę-otok na głowie, z okuciami i koralami, z długimi białymi włosami i brodą sięgającą piersi wygląda jak dziad-lirnik. Wernyhora, prorok, wieszcz. Jego niezrównane ucho dba o rytm, a wrażliwość na każdy dźwięk, zapewnia oddanie melodii języka, jego śpiewności i urody używanych instrumentów. Wszystko to czyni z tego spektaklu widowisko niemal mistyczne, a zarazem bardzo przyjazne każdemu widzowi-słuchaczowi. Bez wysiłku można zanurzyć się w tym płynącym równo biegu dźwięków i słów, przynoszących uczucie zawieszenia czasu. Nawet śmierć nie jest tu końcem, ale zapowiedzią odrodzenia. Trudno przecenić wyjątkowość tego monodramu, tak głęboko zrośniętego z korzeniami białoruskiej kultury i zespolonego z osobą wykonawcy. Bo nie jest to pieśń opowiadana czy śpiewana przez aktora, ale pieśń płynąca od wewnątrz, osobiście przeżyta i odkryta, odzyskana z niepamięci przez niezwykłego artystę.

Tomasz Miłkowski

Facebooktwittergoogle_plusmail

Komentarze

Komentowanie wyłączone