Sadkowski – ktoś taki jak on

| 2 Lut 2019  16:50 | Brak komentarzy

Odkąd pamiętam, mówiło się: Sadkowski, a myślało: „Literatura na Świecie”. Albo na odwrót. Wprawdzie pierwszym naczelnym miesięcznika był Wacław Kubacki, ale Wacław Sadkowski objął redakcję już od 10 numeru w roku 1972 i prowadził niestrudzenie do końca 1993, a więc z górą dwadzieścia jeden lat. Oczko.

Dzisiejszym młodym czytelnikom trudno nawet wytłumaczyć, czym była „Literatura na Świecie”. Oknem na świat? Otwarciem, drogą, inną przestrzenią? Żadne określenie nie opisze tego fenomenu stworzonego przez Sadkowskiego wraz z zespołem, który wniósł nowy powiew do polskiego życia umysłowego. Poszczególne wydania pisma były często gęsto monografiami – albo tematycznymi, albo skupionymi wokół wspólnego wątku, nurtu, regionu, albo wyjątkowej osobowości pisarskiej (Joyce, Kafka, Nabokov, Borges). Bywały numery legendy, niemal zaczytywane na śmierć, jak sławetny numer erotyczny czy numer latynoski. Dość przypomnieć, że nakład dochodził do 35 tysięcy egzemplarzy (dzisiaj ledwie przekracza 2100), a i to trzeba było mieć chody, aby pismo dostać. Czasy były inne i porównania często bywają zawodne, ale Instytucja, przez duże „I”, którą stworzył Sadkowski, pozostanie jego heroicznym czynem. To mógł zrobić tylko ktoś taki on.

Trochę przeinaczam tytuł książki autobiograficznej Wacława Sadkowskiego „Ktoś taki jak ty. Spowiedź bastarda wieku dwudziestego”, opublikowanej przez wydawnictwo Studio Emka, w której 86-letni dziś krytyk składa wyrazy wdzięczności swojej rodzinie, a zwłaszcza Matce. Jak się okazało Matce z wyboru, bo dopiero przekroczywszy sześćdziesiąty rok życia przypadkiem Wacław Sadkowski dowiedział się, że był dzieckiem adoptowanym (jak to z nieco staroświeckim wdziękiem powiada: bastardem). Przez dziesięciolecia była to największa, przestrzegana tajemnica rodzinna. To właśnie przybrana Matka, która była mu opoką i wsparciem, miała kiedy niekiedy podpierać syna w jego wyborach i czynach zawołaniem zamieszczonym w tytule: „Ktoś taki jak ty”. Miało to oznaczać wysoki próg wymagań moralnych, odpowiedzialności za swoje działania i wytrwałości, który mu bywał pomocny w chwilach zawahań.

Znam Wacława Sadkowskiego od bardzo dawna, mniej więcej od początku jego szefowania w „Literaturze na Świecie”, zachęcał mnie nawet do nawiązania współpracy z redagowanym przez niego pismem, a potem wyrażał zadowolenie, że do tego doszło – mylnie jednak, co pośpieszyłem wyjaśnić: zapracowany redaktor pomylił mnie ze znakomitym tłumaczem i krytykiem Tomaszem Mirkowiczem pewnie ze względu na te same imiona i pewną zbieżność nazwisk.

Zawsze zastanawiało mnie, jak „ktoś taki jak on” mógł dokonać tak wielkiego dzieła, jak podziwiana powszechnie „Literatura na świecie”, a jednocześnie swoją twórczą aktywność wyrazić w tylu przekładach literackich, książkach krytycznych i szkicach, nie wspominając już o niepoliczonych trudach organizatorskich, m.in. jako juror konkursów. W jednym z takich konkursów, w których przez kilka co najmniej lat z rzędu jurorował, organizowanych przez tygodnik „Walka Młodych”, sekretarzowałem. To był konkurs o Nagrodę im. Aleksandra Kowalskiego „Olka” – mało kto już tę postać pamięta (zadbał o to troskliwie IPN), działacza robotniczego, wykończonego w latach stalinowskich za tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Jednym z laureatów tej nagrody został Jerzy Stefan Stawiński za powieść „Młodego warszawiaka zapiski z dnia urodzin” (1977). Powieść uznano potem za najlepsze dzieło literackie Stawińskiego, nie ma więc czego się wstydzić, a jeżeli ktoś może się wstydzić to ja, bo wciąż, mówiąc o tej książce, myliłem wciąż tytuł – zamiast „zapiski” mawiałem „notatki”, „wspomnienia” itp. Wacław Sadkowski podśmiewał się ze mnie, że mylą mi się zapewne „zapiski” z „zapisami” cenzury. Cóż, zapach czasu.

Ten zapach tchnie z książki „Ktoś taki jak ty”. Napisana językiem eleganckim, subtelnie wycieniowana, odtwarza dzieje dorastania i wchodzenia w samodzielne życie literackie jej autora – jest więc odmianą Bildungsroman. Janusz Termer podczas spotkania poświęconego tej książce w Domu Literatury sugerował nawet, że jest to „krypto-powieść”. Coś jest na rzeczy, bo książkę czyta się jak dobrą powieść. Nic dziwnego, Sadkowski ma smak, erudycję i zdolność opowiadania. Za skromny dowód tej zdolności chwytania rzeczy w lot, niechaj służy taki kąsek ze wspomnień pamiętnego roku 1968, kiedy Wacław Sadkowski, najwyraźniej podpadłszy „prawdziwym Polakom” otrzymywał na biurko redakcyjne paskudne anonimy. „Pokazałem tę korespondencję – wspomina Sadkowski – sekretarzowi literackiej podstawowej organizacji partyjnej i zagadnąłem, co mam z tym fantem zrobić. Sekretarzem tamecznym był Jerzy Putrament. Obejrzał on i przeczytał oba te „dokumenty”, pomilczał jeszcze chwilę, a potem oświadczył: Jeśli pan nie chce się dowiedzieć, że to pan sam te listy do siebie pisze, to niech pan je spali”.

Na pierwszy rzut oka Sadkowski sprawia wrażenie anty szefa. Grzeczny do przesady, prawie wycofany, uważnym okiem badający otoczenie. A jednak to on, obdarzony wykwintnymi manierami, błyskotliwą ripostą, czasem w barokowej otoczce, wywiera przemożny wpływ na rozmówców. Może właśnie dlatego „ktoś taki jak on”, niemal niepostrzeżenie mógł przewodniczyć tylu udanym przedsięwzięciom i zdobywać zaufanie czytelników. Spośród wielu spotkań i wspólnych dyskusji zapamiętałem debatę o kondycji polskiej prozy współczesnej w redakcji warszawskiej „Kultury” (1988). Wygłosiłem wprowadzenie do tej debaty, ale ostatnie słowo (nie przypadkiem!) należało do Wacława Sadkowskiego: „Polacy nauczyli się czytać – powiedział – tylko teraz ich na to czytanie nie będzie po prostu stać”.

Do egzemplarza „spowiedzi bastarda wieku dwudziestego” autor wpisał mi zaszczycającą dedykację: „Szanownemu Panu Tomaszowi Miłkowskiemu – towarzyszowi krytyckiej niedoli”. Honor był to wielki.

Tomasz Miłkowski

Facebooktwittermail

Komentarze

Pozostaw komentarz: