Rewolucja to my

| 14 Sty 2018  11:34 | Brak komentarzy

Na sam koniec spektaklu-dyplomu w Akademii Teatralnej wykonawcy przechodzą przez opustoszałą wannę Marata, a każdy z nich powiada „To ja jestem rewolucja”.

Nie wykrzykują tych słów płomiennie, ale jednak solennie, z przekonaniem, dzięki czemu słowa te nabierają wagi. Takie przesłanie budzi nadzieję, ale i namysł – każdy z nas niesie zaród rewolucji, każdy z nas niesie tęsknotę za wolnością, równością, braterstwem. Czyżby ojcowie założyciele rewolucji się nie mylili? Czy na urzeczywistnieniu tych właśnie wartości ludziom zależy najbardziej?


Hasła Rewolucji Francuskiej wcale nie są tak odlegle od naszego krajobrazu duchowego, od przekonania, że świat powinien zmądrzeć i zmienić się na lepsze, a nie ma ideałów bardziej godnych obrony niż właśnie te trzy. Bo sama demokracja, w spektaklu sławiona i prześmiewana, to tylko forma, środek wiodący do celu, ale nie cel w sam w sobie.

Wszystko to prawda, pięknie brzmiące tęsknoty, tylko jak do tego dojść, jakimi metodami właśnie. I tu zaczynają się schody władzy i drabiny tych, którzy po władzę sięgają. O tym mówi przesławny dramat Petera Weissa sprzed pół wieku okładem (1964) w skrócie zwany „Marat/Sade’em”, choć tak naprawdę ukryty pod barokowym tytułem „Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade”.

Ten barok właśnie, pstrokata konstrukcja, w której sąsiadują sceny bez mała burleskowe, wodewilowe, cyrkowe z poważnymi dyskursami politycznymi jak dialogi filozoficzne Platona, nęciły i nęcą inscenizatorów. Coraz częściej więc możemy zetknąć się z realizacjami tego dramatu, które idą w stronę epatowania turpistycznymi szczegółami zakładu dla psychicznie chorych albo rozpasanego erotyzmu, co zresztą wydaje się całkiem na miejscu, jeśli pamiętać o dorobku autorskim i dwuznacznej sławie markiza de Sade, walczącego o wolność seksualną bez żadnych ograniczeń.

Ale Wawrzyniec Kostrzewski nie idzie tą drogą. Oczyszcza tekst Weissa z nadmiaru szczegółów historycznych, w dużej mierze już nieczytelnych dla dzisiejszego widza (chyba gorzej wykształconego niż ten sprzed pół wieku), mniej zorientowanego w przebiegu Rewolucji Francuskiej („Kto to był ten Maratsade?” usłyszałem w szatni). Reżyser stara się odkryć to, co uniwersalne, a więc nie tyle zbiegi okoliczności, ile mechanizmy społeczne, polityczne, obyczajowe decydujące o tym, że w pewnym momencie dla władzy rewolucyjnej jedynym wyjściem wydaje się wejście na ścieżkę terroru albo obsunięcie się w rozkładowe formy życia społecznego znane przed rewolucją.

Oto dylemat Marata, oto linia obrony de Sade’a, skrajnego egotyka, ale i rewolucjonisty, który jednak w jednostkowej, niejako indywidualnej rewolucji upatruje szansę człowieka. Ciekawe, że ten sam wątek podjął w swoim najnowszym polskim spektaklu René Pollesch, wystawiając w TR Warszawa „Kalifornia/ Mrs Grace Slick”. To też skrócony tytuł, bo pełen brzmi jak kopia onomastyczna z Petera Weissa: „Kalifornia i Mur Pacyfiku, o który rozbija się fala ekspansji kolonialnej na Zachód i cofa w postaci zintensyfikowanych światów wewnętrznych, przedstawione przez zespół aktorski szpitala psychiatrycznego w Palo Alto pod kierownictwem Mrs Grace Slick”.

Pollesch, a ścisłej jego bohaterowie jak Sade wiążą przyszłość świata z indywidualnym postępem, z wolnością wywalczoną dla jednostki (w cudownej swobodnej, o naiwności, krainie internetu), ale ukazuje, że taka droga nie jest żadną rewolucją, a tylko złudzeniem. Tak więc wychodzi na to, że rację miał Marat? Wszystko się burzy w nas przeciw takiemu rozumowaniu, musi przecież być jeszcze jakaś inna droga, nie tak wyboista i krwawa. Ale drogi tej nie znajdziemy w teatrze. Nie od tego jest teatr. Teatr, dość, że uświadomi potrzebę szukania takiej drogi. I zdaje się, że tylko uwydatnia, iż od wielu setek lat ludzkość wciąż jej szuka i pewnie długo szukać będzie.

Tak czy owak, Kostrzewski ze studentami warszawskiej szkoły zrobił spektakl energetyczny, śmiały, zrytmizowany, który przyciąga uwagę. Młodzi aktorzy grają bez trzymanki, ostro, nie szczędzą ani sił, ani głosów, na scenie toczy się tchnąca autentyzmem walka o przetrwanie. Wszyscy wykonawcy mają w niej do wypełnienia ważne role i dowodzą, że zasłużyli na solidny dyplom.

Kostrzewski zbudował na scenie machinę-szafot (nazywa ją Muzeum Szafotu), rodzaj fabryki zabijania, pokazał mechaniczną procedurę gilotynowania (w przywoływanym niczym refren obrazie), ujął wszystko w ramy nadzoru i kontroli – tak jak to czynił Weiss tylko jeszcze wyraźniej. Kierująca zakładem w Charenton jest bowiem nadzorczynią i cenzurą jednocześnie. Pilnuje, żeby Sade się nie zagalopował jako autor sztuki o Maracie, i nie powiedział za wiele. Ale jest także sędzią i katem w jednej osobie, chociaż i ona – jak się okaże – znalazła się w potrzasku. Kiedy przedstawienie dobiega końca i Karolina Corday sztyletuje cierpiącego na egzemę rewolucjonistę Marata (dlatego uwięzionego w wannie, bo tylko woda przynosi mu odrobinę ulgi), okaże się, że drzwi na zewnątrz są zamknięte. Także nadzorczyni jest w pułapce. Może to pułapka historii, może to pułapka egzystencji, można myśleć, co się komu skojarzy. Jedno jest pewne, rozwiązanie zagadki świata tkwi tylko w tym świecie.

Tomasz Miłkowski

Facebooktwittergoogle_plusmail

Komentarze

Pozostaw komentarz: