Hanin, legenda PRL

| 24 maja 2018  07:40 | Brak komentarzy


Należała do ulubienic publiczności i recenzentów. Podziwiana, chwalona, zwłaszcza za role plebejskie. Pracowita i tak wymagająca, że niektórzy reżyserzy bali się ją obsadzać.

„Była ciężka w pracy – wyjawiał reżyser radiowy Andrzej Zakrzewski – wymagała dużo od reżysera. Do pracy podchodziła szalenie analitycznie”. Tę i wiele innych opinii, ocen i wspomnień znaleźć można w książce Magdaleny Raszewskiej „Ryszarda Hanin. Historia nieoczywista” (2016). Autorka nie napisała klasycznej biografii czy monografii Ryszardy Hanin (1919-1994). Jej książka to raczej zbiór faktów, inkrustowany licznymi cytatami z niemal niewidocznym komentarzem autorki. Tak jakby Raszewska obawiała się stawiać kropkę nad „i” , bo życiorys jej bohaterki zawiera wiele niepewnych danych, trudnych do zinterpretowania faktów. Rojno w nim od pytań, poczynając od nazwiska, daty urodzenia i wielu innych wydarzeń nie do końca wytłumaczalnych. Nie wyjaśniły tych wątpliwości dwie pękate szafy z dokumentacją życia, przekazane przez artystkę warszawskiej PWST (dziś: Akademii Teatralnej), z którą cale lata Ryszarda Hanin była związana. Oprócz bowiem pracy aktorskiej jej pasją była pedagogika. Oddawała swoim podopiecznym talent i serce.

Przez wiele lat pełniła funkcję dyżurnej „rocznicowej” artystki. Wracała na czołówki gazet i tygodników w rocznice bitwy pod Lenino jako symbol odrodzonego polskiego teatru, który stawiał pierwsze kroki nad Oką we frontowym teatrze 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Nie uległo to zmianie także wówczas, kiedy po przełomie październikowym 1956 roku wystąpiła z partii pod naporem rozliczeniowych informacji. Nadal nie unikała roli aktorki-żołnierki, pozostawała wierna swoim frontowym przyjaźniom.

Wcale nie było jej łatwo. Często w teatrze pauzowała. Mimo sukcesów musiała czekać na role. Uważana za amatorkę, którą po części była, mimo studium baletowego, do którego uczęszczała przed wojną w Paryżu, latami potwierdzała swoje profesjonalne możliwości. Jej plebejska specjalizacja (także w dramatach socrealistycznych), traktowana jako wcielenia naturszczyka, okazała się czystą kreacją. Wywodziła się z zasobnej lwowskiej rodziny mieszczańskiej o polsko-żydowskich korzeniach, wychowywała się w 16-pokojowym mieszkaniu, a jej samowolna ucieczka do Paryża była przynajmniej częściowo finansowana przez rodziców. Od młodych lat lgnęła do lewicy, stąd jej związek z Leonem Pasternakiem, z którym po wkroczeniu Niemców do Lwowa podjęła ucieczkę do ZSRR, aby trafić do zespołu teatralnego Kościuszkowców.

Raszewska usiłuje wyjaśnić zagadki jej życiorysu, brakuje jej jednak wiarygodnych świadectw: Hanin mówiła o swojej przeszłości tyle, ile chciała. Nie była wylewna, od swoich spraw prywatnych trzymała dziennikarzy daleko. Pewnie wiele szczegółów jej biografii, zasługującej na barwną opowieść filmową, pozostanie niewyjaśnionych. Jedno jest pewne: pozostanie w historii polskiego teatru i filmu ważną postacią. „Istotę jej aktorstwa – pisze Raszewska – stanowiła chyba zawsze prawda, umiejętność trafienia do każdego prostotą gry. Pozwalało to na przekazywanie nie tylko doświadczeń, uczuć powierzchownych i banalnych, ale i na pokazywanie owego drugiego „ja” bohaterek. Grała nie schematy, lecz postacie żywe, myślące, czujące”. Było tych postaci mnóstwo: 64 w teatrze, 92 w teatrze TVP, 67 w filmie i 173 w radiu, a wśród nich takie teatralne akty strzeliste, jak: Panna Młoda w „Weselu” w reżyserii Jacka Woszczerowicza (1944), Winnie w „Radosnych dniach” Becketta (1965), Pelasia w „Na czworakach” (1972) Tadeusza Różewicza i Katarzyna w „Ślubie” (1974) Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego, Matka w „Balladzie o Januszku” (1980), Sganarelle w „Don Juanie” (1986).

***

Poznałem Ryszardę Hanin bardzo dawno temu, 1 kwietnia 1962 podczas próby generalnej, i zresztą jedynej, „Wieczoru poezji Władysława Broniewskiego”, który odbył się nazajutrz w Sali Kongresowej Pałacu Kultury. Tak informuje Magdalena Raszewska o tym wieczorze:
„W sześć tygodni po śmierci Władysława Broniewskiego Hanin reżyseruje wieczór jego poezji w Sali Kongresowej. Na otwartej scenie ogromne zdjęcie Broniewskiego, z tych „nieoficjalnych”, z książką w ręku, uśmiechnięte zdjęcie z któregoś z wieczorów autorskich. Poza tym szare draperie czerń. Literaci (Stanisław Ryszard Dobrowolski, Bohdan Drozdowski, Józef Ozga-Michalski) czytali swoje wiersze poświęcone pamięci Broniewskiego. Wśród wykonawców Katarzyna Łaniewska, Halina Mikołajska, Zofia Małynicz Zbigniew Zapasiewicz, Ignacy Gogolewski, Adam Hanuszkiewicz. Zabrzmiał również utrwalony na taśmie magnetofonowej głos poety, recytującego swój wiersz „Nadzieja” [PAP].

W przywołanej przez Raszewską notatce PAP-oskiej pominięto wiele nazwisk. Zabrakło też informacji, że Sala Kongresowa była wypełniona po brzegi, że publiczność przyjęła program nad wyraz gorąco, a wśród wykonawców, jak to się mawia do dzisiaj w Warszawie, właściwie byli wszyscy. Broniewskiego się po prostu kochało, a do jego entuzjastów należała bez wątpienia Ryszarda Hanin, z czułym uchem dla poezji.

Leży przede mną fantazyjnie zakomponowane zaproszenie na ten wieczór, firmowane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki i Zarząd Główny Związku Literatów Polskich. Wewnątrz kryje się cytat z „Mazowsza” Broniewskiego, jego osobiste wyznanie: „Starzeję się, jak płocki dąb,/ silny podobnie,/ z czasem i z losem ząb za ząb,/ i nie podchodźcie wy do mnie!/ A kiedy runę, to na tę ziemię,/ którą kocham,/ i ciebie, pieśni, też pogrzebiemy/ z ostatnim szlochem”, a na złożonych pół-stroniczkach lista uczestniczących w wieczorze poetów i aktorów. Zaproszenie zachowałem na pamiątkę, bo sam w tym wieczorze uczestniczyłem, wymieniony wśród tuzów stołecznej sceny. Tak więc, w kolejności alfabetycznej poezje Broniewskiego recytowali: Tadeusz Bartosik, Henryk Boukołowski, Wojciech Brydziński, Mariusz Dmochowski, Wieńczysław Gliński, Ignacy Gogolewski, Ryszarda Hanin, Adam Hanuszkiewicz, Gustaw Holoubek, Stanisław Jasiukiewicz, Zygmunt Kęstowicz, August Kowalczyk, Władysław Krasnowiecki, Zygmunt Listkiewicz, Katarzyna Łaniewska, Maciej Maciejewski, Zofia Małynicz, Wiesław Michnikowski, Halina Mikołajska, Mieczysław Milecki, Tomasz Miłkowski, Zofia Mrozowska, Józef Nowak, Barbara Pietkiewicz, Leon Pietraszkiewicz, Zofia Rysiówna, Wojciech Siemion, Janusz Strachocki, Danuta Szaflarska, Marian Wyrzykowski, Zbigniew Zapasiewicz, Andrzej Żarnecki. Nielicha obsada.

Warto dodać, że aktorom towarzyszył przy pianinie Jerzy Maksymiuk, a scenografię ułożył Andrzej Sadowski. Oprócz wymienionych już poetów swoje wiersze poświęcone zmarłemu mistrzowi słowa recytowali także: Tadeusz Kubiak, Sławomir Kryska i Leopold Lewin.
Ja występowałem w parze, bagatela!, z Gustawem Holoubkiem, zupełnie wówczas nieświadomy, z kim dane mi było stać na ogromnej scenie Sali Kongresowej. Gustaw Holoubek miał przed sobą swoje największe role, ale już wówczas był aktorem cenionym. Mówiliśmy razem wiersz „Wnukowi”, ja zaledwie 5 linijek, znacznie więcej Holoubek, który zaczynał słowami: „Podrośniesz, czytać będziesz Słowackiego,/ a kiedy wstąpisz w dramatyczne ognie,/ zapytasz – dzieckiem wciąż będąc -” i tu następowała krótka pauza i wchodziłem ja: „Dlaczego/ ani nas złamie to, ani nie pognie,/ że – ot – o klęskach bajka Szekspirowa/ snuje się prawie pogodnie? A Lilla/ z wężami gada? I na co są słowa,/ jeśli tragedia – to prawie idylla?”. Potem Holoubek mówił piękne strofy o Marii Zarębińskiej (aktorce, drugiej żonie Broniewskiego, więźniarce Auschwitz, zmarłej zaraz po wojnie). I kończył mocnym przesłaniem poety: „Pamiętaj! Twoja krew jest oświęcimska!/ Szanuj to wnuku, gdy umierać przyjdzie,/ Pamiętaj imię: Maria Zarębińska,/ i podnieś pięść, i pójdź na przekór krzywdzie”. Mówił te słowa Holoubek bardzo zwyczajnie, bez patosu. Schodziliśmy ze sceny na brawach.

Z nocną próbą poprzedzającą wieczór poświęcony Broniewskiemu wiąże się pewna anegdota. Otóż próba nie mogła się rozpocząć, ponieważ spóźniał się Wojciech Siemion. Siedzieliśmy stłoczeni w okrągłej sali na zapleczu sceny i wytrwale czekaliśmy z rosnącym zniecierpliwieniem. W końcu Ryszarda Hanin zdecydowała się rozpocząć próbę – w praktyce oznaczało to przećwiczenie kolejności wejść i zejść, ustawienie podstawowych sytuacji, światła i muzyki.

W końcu Siemion się zjawił. Ale zamiast przepraszać, zrobił Hanin piekielną awanturę, że na niego nie czekała. Znana metoda: obrona przez atak. Hanin z nadzwyczaj dobrotliwą cierpliwością zniosła te pretensje, a kiedy Wojtek skończył, wróciła łagodnie do próby. Zadziwił mnie jej niebiański spokój. Zresztą Siemion też się natychmiast uspokoił i wyglądało na to, że to był (chyba?) występ, który na nikim, może poza mną, nie zrobił specjalnego wrażenia.

Tak czy owak, Siemion wypłacił się Hanin sowicie. Po latach, kiedy szefował w „Starej Prochowni”, gdzie Jan Kulczyński przygotowywał szekspirowski „Wieczór Trzech Króli” (1976) w wyłącznie kobiecej obsadzie, udzielił Ryszardzie Hanin genialnej porady. Zapytał, czy nie mogłaby, grając Malvolia, odrobinę seplenić? Szczegóły tego wydarzenia malowniczo opisuje Jan Kulczyński w swojej znakomitej książce wspomnieniowej „Co reżyser ma w środku” (2011). Raszewska też dość obszernie przypomina ten spektakl, cytując nawet fragmenty recenzji, z których jasno wynika, że Malvolio seplenił/a, ale nie wyjawia, dlaczego seplenił/a. Kulczyński nie pozostawia tu cienia wątpliwości – to podpowiedź Siemiona sprawiła, że podczas próby generalnej „Wieczoru” niewiele brakowało, a Hanin „ugotowałaby” koleżanki swoją kamienną twarzą i seplenem, uprawianym z niezmąconym spokojem, chociaż, jak pisze Kulczyński, „partnerki nie były w stanie prowadzić z nią dialogu, parskały i wyły”. Rzecz jasna, ze śmiechu. Reżyser upewnia czytelników, że ta próba „była czymś najśmieszniejszym, co dane mi było w życiu oglądać”. To jeszcze jedna, mniej znana twarz Ryszardy Hanin.

Tomasz Miłkowski

[Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 11 maja 2018]

Facebooktwittergoogle_plusmail

Komentarze

Pozostaw komentarz: